Poznałem Bez Jacka chyba w 80-lub 81 roku w Gdańsku. Sprzedawałem obrazy na Długim Targu i tam wśród grupy artystów wystawiających obrazy był Horacy wołali na niego Uczeń. Nie wiem czy wystawiał obrazy własne, ale „trzymał się” z malarzem Tadrosem – Tadeuszem Drozdowskim. Był chyba najmłodszym z nas malarzy i w dodatku nie pił. Przychodzili do Niego wszyscy Stefańscy, a najczęściej, Jacek z małym synkiem chyba Szymonem. Jacek wydaje mi się był z nich najbardziej zdolny, przepięknie wygrywał na swoich fujarkach, czasem chodził w czarnej pelerynie. Postać Jacka, zawsze w kieszeni ze swoją fujarką, ciągle grającego niesamowite „rzeczy” jawi mi się jak Paganini, z jakąś diabelską zdolnością, z niesamowitą ekspresją. Jacek został tutaj zapomniany a wydaje mi się osobowością najważniejszą w całym muzykowaniu Stefańskich.
Jasiu przychodził ze swoją dziewczyną Hanią. Wiecznie śmiejący się i dowcipny. Muzycznie chyba najgorszy, ale dobrze uzupełniający całość. Zawsze pod zgubnym wpływem Zbyszka, jakby sam lekko niepewny. Jacek i Zbyszek to dwie silne osobowości, ale życie Zbyszka, było prostsze, dlatego Jasiu trzymał się Zbyszka. Horacy wtedy był bardzo młody i muzycznie ostrożny . Pod wielkim wpływem Jacka, obydwoje sobą zauroczeni. Zbyszek niestety zawsze pił, bez względu na wszystko i wszystkich. Nie wiem jak z Nim tyle lat wytrzymali. Piękny głos, dobra dykcja, taki zdolny i … Sory Zbyszek.
Na początku lat osiemdziesiątych grywali w Zielonej Bramie i zbierały się tam tłumy a wtedy byli prekursorami grania na ulicy. Przeplatali swoje poetyckie piosenki węgierskimi, rockowymi utworami zespołów Omega i Lokomotiv GT. To było niesamowite.
Potem słuchałem ich w Stanie Wojennym lub zaraz po. Już bez Jacka. To już inna grupa, ale też i czasy były inne. Klub HI-FI na Politechnice, ludzie pożerali wszystko co leciało ze sceny. Potrzebowaliśmy ich bardzo. Poetyckie piosenki w które wszystko można było włożyć i których sens różnie brzmiał zależnie od okoliczności i stanu ducha słuchającego, a wszystko na przemian z żartami i dowcipami. To dziwny przemieszanie ale bardzo wtedy potrzebne. Sam humor byłby płaski, ale same piosenki za melancholijne za ciężkie. W tym paradoksalnym połączeniu był jakiś głębszy sens. Ich pieśni dodawały nam ducha, czuliśmy się lepsi, odważniejsi, a dowcip pomagał przetrwać beznadzieje, szarość i niemoc. Tu odnalazł się Jasiu, był kapitalnym satyrykiem słowa. Wyśmiewał paradoksy życia i świetnie opowiadał dowcipy. Występował z Nimi jeszcze Lumbago, miał się za gwiazdę ale to nie ten poziom żartu, a muzycznie kiepski.
W latach dziewięćdziesiątych pamiętam wiele koncertów “Bez Jacka”, ale dwa chciałem opowiedzieć bo były istotne. Odbyły się one w Gdańskim “Żaku”, wtedy chyba Horacy był prezesem Klubu Studentów Wybrzeża “Żak”. Prowadził też Szkołę Języków Obcych, chodziłem tam na włoski. Za Jego czasów “Żak” był najlepszym klubem studenckim w Polsce a może i w Europie. Tyle imprez, tłumy ludzi. Kino, DKF, Teatr, Galeria, Księgarnia, Pub, Kawiarnia, Szkoła Języków, każdy rodzaj muzyki na “żywo”. To był Żak, no ale radni chcieli mieć siedzibę. Ale wróćmy do koncertów pierwszy to chyba 94 rok, koncert Bez Jacka in Rock. Sala nabita, że palca nie wciśniesz. A na scenie trzech panów siedzi: dwóch na gitarach /Zbyszek i Jasiu/ i jeden na flecie /Horacy/. Ładnie grają, mija 15-20 minut, fajnie ale jakiś szmerek “jaki to koncert rockowy”, jakieś zniecierpliwienie. Grają “Za spokój”, dochodzą do refrenu i nagle reflektory, perkusja, pełno muzyków na scenie, właściwie Bez Jacka-Band. Na saksofonach grał Adam Went, na gitarze Mietek Wróbel, Roman “Mały” Sławiński śpiewał, na perkusji Słowinski, na basie Tabaka, była jeszcze altówka ale nie pamiętam kto grał. Było niesamowicie, na końcu “Zwiewność” i popisy solówek, każdy po kolej, trwało to ze 20-minut. To był czad, myślałem że to nie zabrzmi ale dobra muzyka zawsze się “obroni”. Drugi koncert styczeń 1996r – ostatni koncert Jasia. Wydany niedawno na płycie. Ale na żywo było jeszcze lepiej i gdybym wtedy wiedział…
Od kilku lat grają z Olkiem Grotowskim, znanym pieśniarzem kabaretowym, gra u Nich na basie. Ze starego “Bez Jacka” został tylko Zbyszek i Horacy. Horacy rozwinął się od tamtych czasów niesamowicie, słychać w jego grze melodyjność Jacka i niesamowitą wrażliwość i ekspresję. Zbyszek to dobry gitarzysta, bo nie ważne na ilu akordach się gra ale co się gra i jak. Po tylu latach nadal „trzyma” głos, ma dobra dykcję i ma „to coś’ dane od Stwórcy. Dlatego Zbyszku, tyle gorzkich słów pod Twoim adresem, bo nie mogę patrzeć jak marnujesz daną Ci szansę. Po wielu latach grania Zbyszek i Horacy tak świetnie się uzupełniają, że stanowią jedność i czasem nie wiem kto gra a kto śpiewa. Ten flet dośpiewuje Mu jakieś frazy, maluje jakieś niedośpiewane obrazy, a gitara pokazuje perspektywę, nadaje rytm i ramy dla przepięknego dialogu fletu z głosem.
Znaleźli nareszcie „swojego” wydawcę, nagrali 2-kolejne płyty. Dalmafon powinien Ich hołubić bo to perełki i muszą jeszcze nagrywać. Lubię ich płyty koncertowe, tylko takie nagrywają, są żywe, bez oszustw, jak ich muzyka. Nie „zrobione” ale autentyczne nawet „błędy” i potknięcia słychać. Są cały czas w świetnej formie. Przetrwali już tyle lat, przeciwstawiając się różnym modom, trendom i wszechogarniającej papce. Są częścią mojego życia, nie wyobrażam sobie życia bez ich muzyki, znam ich wszystkich i dlatego jest tu tyle prawdy. Chodzę na ich koncerty od 25-lat i wierzcie mi, że każdy koncert jest dla mnie świętem, bo to jest dobra muzyka i dobrzy ludzie.
nie mogę zdradzić imienia i nazwiska,
bo może mi to wiele popsuć,
powiedzmy, że mam na imię Andrzej

0 comments on “Bez Jacka w perspektywie 25-lat” Dodaj swój →