Zbyszku i Horacy.
Nawiązując do naszego spotkania w Łęczycy na Nocniku, przesyłam Wam moje skromne wspomnienia z czasów, kiedy miałem to szczęście poznać i zapamiętać na całe życie ludzi, których się nie zapomina.

Miło było usłyszeć na nowo brzmienie muzyki mojej młodości, przypomnieć sobie dawne klimaty z nią związane i chociaż na chwilę przywołać dawne wspomnienia. W końcu to prawie trzydzieści lat. Dla mnie poznanie w 1980 roku Zbyszka, Jacka i Jasia było jak objawienie. Czasy nieciekawe. Szaro biednie, nieufnie, bez perspektyw. Człowiek poruszał się wtedy pewną utartą drogą, schematem bez wyraźnego celu. Jakiekolwiek odstępstwo od normy delikatnie mówiąc nie było najlepiej widziane. Z grupą swoich kumpli wyjechałem wtedy pod namiot na Mazury do Rucianych Nida, poczuć trochę wolności i beztroski. Jak co wieczór siedząc przy ognisku produkowałem się na gitarze grając różne kawałki Wałów Jagielońskich, Olka Grotowskiego, Jacka Zwoźniaka /wtedy to byli dla mnie absolutni faworyci/. Nagle słyszę dźwięk fletu, ale jaki dźwięk. Nie widzę postaci, tylko ten dźwięk, przenikliwy, wibrujący idealnie wpasowujący się w linię melodyczną. Skończyliśmy razem. Po chwili z cienia wyszła drobna postać, zakapturzona w czarnej pelerynie, z workiem na ramieniu pełnym fletów. Po prostu leśny skrzat. Tak poznałem Jacka. Następnego dnia dołączył Zbyszek I Jasiu. Potem już mój pobyt na Mazurach to były niekończące się wspólne biesiady / tzn. piwo i obowiązkowe frytki / i muzyka i to jaka muzyka. Poezja Leśmiana, Szymborskiej wymieszana z Omegą , Locomotivem i utworami własnymi tworzyła niepowtarzalną atmosferę wszelkich spotkań. Niemal każdego dnia , późnym popołudniem, chodziliśmy do takiego baru w lesie ,”U Izy” gdzie po zaspokojeniu pragnienia chłopaki zaczynali swój koncert. Po piętnastu minutach było już pełno ludzi. Często przypadkowych, którzy akurat przechodzili, ale byli też i tacy którzy słyszeli ich poprzedniego dnia i chcieli jeszcze raz posłuchać. Teraz się śmieję, że były to początki kapitalizmu. Stefańscy napędzali barowy interes pani Izy, a ona i tak dolewała nam wody do piwa. Nie to było jednak najważniejsze. Jacek, Zbyszek i Jasiu grali dla ludzi, dla siebie, dla atmosfery, dla śmiechu i nastroju. Ta muzyka wypływała z nich, była naturalna i szczera, oni po prostu nią żyli.
Jaki był wtedy Jacek? Był przede wszystkim fantastycznym człowiekiem, ciepłym i serdecznym, dającym lubić się od razu. On kochał ludzi, ufał im, brał wszystkich jedną miarką, dzielił się swoją energią i był w tym wszystkim szczery. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym , i zawsze było ciekawie, i zawsze było mało. Któregoś wieczoru zaczepił go i pobił jakiś miejscowy osiłek. Złamał mu nos i ogólnie poturbował. Przyjechała milicja, miejscowego zamknęła w areszcie, Jacek poszedł zeznawać. Na drugi dzień, kiedy dowiedział się, że facet ma recydywę i grozi mu parę lat więzienia, poszedł i wycofał zeznania. Ten potem przyszedł do nas wieczorem dziękować i na swój sposób przepraszać, że tak wyszło. Jacek bez żadnych oporów przyjął przeprosiny, poklepał go po ramieniu i powiedział coś w stylu – nie przejmuj się stary ciesz się życiem, wszystko ok. Tamten chyba do końca nie mógł zrozumieć dlaczego nie siedzi w pudle.
Jaka była ich muzyka? Każdy z nich miał to coś, co chyba określa się iskrą bożą. Jasio zawsze nieśmiały, spokojny z ciepłą ironią w głosie i cylindrem na głowie. Jego solówki wyważone, czasami oszczędne ale bardzo poetyckie. Zbyszek , już wtedy charyzmatyczny o mocnym głosie, wkładający w swoje śpiewanie i grę wszystko czym obdarzyła go natura. Po prostu pełna ekspresja. Natomiast Jacek. Dla mnie był genialny. Jakby się urodził z tymi fletami. Jakby ta muzyka bez przerwy w nim krążyła. On grał wszystko. Na jednym, na dwóch fletach, na nosie, do tego śpiew. To było coś niesamowitego. I robił to wszystko z takim zaangażowaniem i jednocześnie z taką lekkością. To była jego pasja, jego miłość, jego szczęście.
Z takimi ludźmi i w takiej atmosferze mazury minęły jak piękny sen. Stefańscy wyjeżdżali. Zaprosili nas do Gdańska. Mieliśmy za tydzień jechać nad morze, więc po drodze. Zaproszenia czasami są z natury grzecznościowe, takie ot po prostu tak wypada. Jacek widział moje wahanie. Podszedł i powiedział, że coś mi zostawi, wtedy na pewno przyjedziemy. Wyciągał jakieś flety, dokumenty i Bóg wie co jeszcze, dopóki obiecałem, że będziemy. No i byliśmy. Nie trzeba było długo szukać. Tak jak powiedział w bramie usłyszysz muzykę i to wszystko.
Ta gdańska brama była ich taką małą salą koncertową z ciągle zmieniającą się publicznością. Kiedy grali robił się niezły tłumek. Ludzie słuchali, rozdziawiali paszcze, bili brawo. Zbyszek czasami przemycał jakieś kabaretowe kawałki i aluzje. Ludzie się bawili. Ja dostałem zatrudnienie w postaci dwóch grzechotek /puszki po piwie wypełnione ryżem/, a przy końcu występu brałem Jasia cylinder i bardzo grzecznie zachęcałem opornych do wrzucenia paru drobnych. Taki koncert trwał z pół godziny, potem przerwa z godzinkę i znowu do bramy. Dni mijały na muzyce, rozmowach przy piwie i przeżywaniu każdej chwili. Wieczory często mieszały się z porankiem. Świt czasami potrafił zaskoczyć nas na plaży. W dniu naszego wyjazdu Zbyszek stwierdził, że trzeba nam coś dać na drogę, żebyśmy z głodu nie poumierali. Jasiu wtedy popatrzył na nas tymi swoimi dobrymi oczami i powiedział – Słuchajcie ja mam taki pomysł. Najlepiej będzie jak każdy da ile chce. Ja daję 50 groszy. – Wszyscy gruchnęli śmiechem. Na dworzec odprowadzał nas Jacek. Podczas pożegnania rozłożył flet wyjął z niego jakieś banknoty wcisnął mi je do kieszeni mówiąc żebym się nie bronił, że oni zaraz sobie coś zarobią i że chce nam postawić jakieś pierwsze piwa nad morzem i że ma nadzieję ,że do Gdańska zawsze będę chętnie wracał nie zapominając o Stefańskich.
Chyba w styczniu 1981, w każdym razie zimową porą pojechałem na wycieczkę do Gdańska. Byłem wtedy w klasie maturalnej więc była to zorganizowana wycieczka szkolna. Po przyjeździe na miejsce zadzwoniłem do Jacka. Okrzyk radości, potem żal że tylko dwa dni. Profesorowi powiedziałem, że mam rodzinę w Gdańsku, miasto znam, wszędzie już tutaj byłem, a z rodziną chętnie się zobaczę. Takie niewinne kłamstwo, ale nie mogłem inaczej. Uwierzył i nawet pozwolił mi zabrać ze sobą mojego kumpla. Pojechałem do Wrzeszcza. Jacek czekał. Nie mogliśmy się nagadać. Czasy burzliwe, Solidarność, podziemie, nielegalne drukarnie, ulotki, poezja drugiego obiegu, nastrój niepewności i podekscytowania. Tego wszystkiego będąc tam na miejscu mogłem dotknąć i zobaczyć. Dzięki Jackowi. Wieczorem drugiego dnia miałem się stawić w schronisku. Nie bardzo nam to było w smak. Autobus odjeżdżał następnego dnia o ósmej. Przed nami jeszcze cała noc. Poza tym miał przyjechać Zbyszek z Jasiem. Jacek długo się nie zastanawiał, chwycił za telefon, zadzwonił do schroniska, poprosił profesora i przybrał poważny ton, wygłaszając oświadczenie mniej więcej tej treści. “Panie profesorze, nazywam się Jacek Stefański i jestem wujem Jarka. Otóż dziś właśnie jest u nas w domu taka mała uroczystość rodzinna i moja żona, to jest Jarka ciocia, była by niezmiernie szczęśliwa gdyby chłopcy którzy się w tej chwili bardzo denerwują, mogli jeszcze u nas zostać do jutra. Ja ze swojej strony obiecuję panu, że jadąc jutro rano swoim służbowym samochodem do pracy, odstawię ich pod samo schronisko.” Zadziałało. Nie wiem co bardziej, czy jego poważny ton, czy wzmianka o służbowym samochodzie. To była noc o jakiej się nie zapomina. Muzyka, poezja, wspomnienia, plany, wódka pita pod miętę. Późną porą dotarli Zbyszek z Jasiem i jeszcze jacyś ludzie. Ranek był ciężki, ale na autobus zdążyłem. Mój kolega do tej pory wspomina, że zdarzyło mu się w życiu poznać takich ludzi i przeżyć takie niesamowite spotkanie.
Pod koniec lipca 1983 pojechałem w swoją podróż poślubną do Jastarni . Moja żona Lidka była już w widocznej ciąży. Odwiedziliśmy Gdańsk. Miałem nadzieję, że kogoś spotkam. Idąc Długim Targiem dostrzegłem Jacka pośród obrazów, koralików w swojej nieśmiertelnej pelerynie ze strzechą na głowie. Chyba równocześnie się zobaczyliśmy. Jacek zaczął biec w naszą stronę, po czym padł przed Lidką na kolana z okrzykiem “moja najmilejsza dlaczego mi to zrobiłaś” Tak moja żona poznała Jacka. Siedzieliśmy w słońcu na ławce, gadaliśmy, śmialiśmy się. Była z nami wtedy Małgosia Zwierzchowska i chyba przewinąłeś się Ty Horacy. Jacek opowiadał mi o swoim małym synku ,o Fimfie i o tym jaki jest szczęśliwy, o swoich planach i o tym co się wydarzyło i co się jeszcze wydarzy. Pożegnaliśmy się późnym popołudniem tradycyjnym niedźwiadkiem. Patrzyłem jak odchodzi. Ostatni raz.
W sierpniu przyjechała do nas Małgosia Zwierzchowska i powiedziała co się stało. Prosiła też o zdjęcia które robiłem na ostatnim spotkaniu z Jackiem. Wszystkie te fotografie okazały się kompletnie prześwietlone. Nie chce pisać o tym co wtedy czułem. W każdym razie długo nie mogłem w to uwierzyć i się z tym pogodzić ,podobnie chyba jak wielu innych ludzi. Był to dla mnie koniec pewnego etapu do którego nie chciałem wracać. Teraz po latach kiedy słyszę waszą muzykę, wasze brzmienie, tembr głosu Zbyszka i dźwięk fletu, cieszę się , że dane mi było was poznać i chociaż przez krótkie chwile cieszyć się moja bytnością z Wami. Zbyszku, dziękując mi za spotkanie powiedziałeś, że to dowód na twoją teorię, że czas tak naprawdę jest bez znaczenia, jeżeli prawda łączy ludzi. Nie pozostaje mi nic innego jak się z Tobą zgodzić.
Serdeczne pozdrawiam Jarek Ogorzewski

0 comments on “* * * – Jarek Ogorzewski” Dodaj swój →