Wasza strona zachęca do pisania… Wy zachęcacie swoją twórczością do odwagi bycia w tym XXI wieku. Niespodziewanie było mi wczoraj dane znaleźć się na koncercie i przeglądziku poetyckim w krakowskim Loch Nessie. Niespodziewanie, bo miałam być wówczas kinie z przyjacielem. O koncercie dowiedziałam się dzień wcześniej od poznanego na pewnym kursie chłopaka, który brał udział w tym przeglądziku. Koncert- cudo malowane, mało nie wyskoczyłam z krzesła (tj. z kolebiącej się ławki) ;).
Emocje, jakie wyzwala namacalne spotkanie z wykonawcami, których zna się z walkmenowskim słuchawek, czy empetrójkowych nagrań, są niesamowite. To tak jak w dzieciństwie słucha się opowieści o podróżach z górskim wiatrem na ramieniu, a potem idąc samemu zagubionym szlakiem, czuje się ten wiatr we włosach. Bez Jacka na żywo, to właśnie taki podmuch wiatru. Ciepły, zaskakujący za każdym razem(chociażby obecność chóru…), niosący liście wspomnień, a przede wszystkim naglący do dalszej drogi, dodający sił do dalszej wędrówki.
Pierwszą piosenką, jaką usłyszał bodajże 2 lata temu na rajdzie harcerskim była Zwiewność(na moją zdziwioną minę, jedna osobą odpowiedziała: “jak to nie znasz Zwiewności?”).Powoli zaczęłam się dokopywać do twórczości, ale tak naprawdę stała mi się ona bliska, kiedy koleżanka przywiozła mi Wasza kasetę z Yapy 2005. Wtedy i moja gitara zaczęła się z Wami oswajać. Błyskawicznie:] Mój osobisty stosunek do grupy nie wynika z obecności na koncertach(ten był przecież pierwszy i na pewno nie ostatni), czy znajomości członków(mam dopiero 19 wiosen i jesieni na karku:P). Jest inny powód. Stało się w zeszłym roku tak, jak to zwykle bywa w ludzkim życiu, kiedyś pojawia się bardzo trudna sytuacja, że podłoga stała się sufitem, a sufit podłogą, wszystko wywróciło się do góry nogami, rękami i nosem też. Ot życie.
Nie mogąc, ba nie będąc w stanie przebywać we własnym domu, wychodziłam włócząc się do północy sama po parku. Jedyne, czego panicznie boje się na razie przez te 19 lat, to ciemność. Wyobraźnia nadmiernie uformowana. Brałam do kieszeni kurtki walkmana, ową kasetę ze śliczną błękitną okładką i ruszałam do parku. Zagłuszenie skupienia na mrocznym i niepewnym otoczeniu (a przecież to tylko drzewa…). Chciałam się bać, żeby zostawić za sobą dom.
Nie wiem, w jaki sposób Bez Jacka to zrobiło, ale przez wiele listopadowych dni 2005 roku, kiedy tak igrałam sobie z niebezpieczeństwem, dzięki ich piosenkom wiedziałam, że muszę wrócić. Pomimo wszystko, że jeszcze trochę, że na ucieczkę jeszcze przyjdzie czas, przyjdzie Kraków.
Zatańcz ze mną na polanie ot tak po prostu… Zatańcz ze mną w sobie… Tańczyła we mnie Wasza muzyka. I za to chcę Wam bardzo podziękować. Za “Rycerza” najbardziej. Bo moja tarcza pękła, ale blask oczu pozostał i zwyciężył…
Alex

0 comments on “Wiatrem pisane…” Dodaj swój →