Bez Jacka w anegdocie

Maks Ziętek zaproponował, aby pojawiło się nieco anegdot o nas. Może to i dobry pomysł, bo jakoś ta nasza strona zrobiła się smutna, a jak opowiadałem, życie nasze to pasmo anegdot nie zawsze bardzo wesołych, ale humor nas nigdy nie opuszczał i niech tak będzie dalej. Z tych anegdot i historyjek można wyłowić bardzo wiele rzeczy mówiących o nas samych, jak i o otaczającej nas rzeczywistości.

Wolałbym i zachęcam do tego serdecznie, aby te opowiastki pisane były w większości przez Was, ja swoje zostawię na potem. Piszcie bez obaw, wysyłajcie je na mój adres horacy.chrzastek@wp.pl, bo tak będzie nam lepiej je zamieszczać w specjalnym folderze. Zabawne są niektóre opowieści, które po latach wracały do nas niesamowicie zmienione i poplątane ale i tak zabawne. Nawet my po wielu latach opowiadania niechcący lekko je ubarwiamy nie zdając sobie z tego sprawy. Napiszę kilka na dobry początek. Życzę dobrej zabawy.

J.H.Chrząstek

O Martynie

Na koncercie w krakowskiej Rotundzie Zbyszek przedstawiając Martynę i jej męża Andrzeja powiedział: Niektóre zespoły jeżdżą ze swoimi ochraniarzami, a my jeździmy ze swoimi psychiatrami.

J.H.Chrząstek

Flecista

Pewnego razu Horacy uczestniczył w jakimś firmowym przyjęciu, gdzie oddawał się swobodnej konwersacji m.in. z pewną Panią. W jakimś momencie rozmowa zeszła na sprawy finansowe.

Pani: – To w zasadzie z czego Pan żyje?!
Horacy: – W zasadzie to… z dmuchania.
P.: – !?!… Jest Pan męską prostytutką?
H.: Nie, flecistą.

T.Chrząstek

Wywiad

Przeprowadzała z nami wywiad dziwna pani redaktor, zadawała też dziwne pytania. Byliśmy jak zawsze wobec kobiet bardzo grzeczni, jednak finał wywiadu wyglądał tak:

Pani red. – Czy powstają nowe piosenki?
Jaś – Nie.
Pani red. – Dlaczego?
Jaś – Bo stare są dobre.
Pani red. – Czy dużo ćwiczycie?
Jaś – Wcale.
Pani red. – Dlaczego?
Jaś – Bo dobrzy nie ćwiczą.
Pani red. – Dlaczego pisze pan piosenki?
Zbyś – Z lenistwa.
Pani red. – Dlaczego?
Zbyś – Bo nie muszę się ich uczyć, od razu je umię.

Zbyszek Stefański

Autem na Śnieżkę

Kilka lat temu, zaproszono nas na obchody Koła Turystycznego, a ośrodek wypoczynkowy, w którym mieliśmy zagrać usytuowany był u podnóża Śnieżki. Jechaliśmy samochodem we trójkę; Zbyszek, Olek i ja. Po wielu godzinach jazdy /z Gdańska wszędzie daleko/ mineliśmy Jelenią Górę, no i wydawało, że jesteśmy prawie na miejscu. Było wczesne, słoneczne, zimowe popołudnie. Tu Olek /jak zawsze w sytuacjach orientowania się w czytaniu mapy/ wpadł na pomysł, że do tego ośrodka możemy dojechać szybciej, wykorzystując mało znane drogi.

Na początku było miło, nawet nieźle bawiliśmy się szukając kolejnych rozwiązań drogowych. Ale czas uciekał, zaczęło zmierzchać i zmęczenie dawało się we znaki. Olek nie tracił animuszu i w końcu oświadczył, że jesteśmy tuż, tuż. Ucieszeni tą wiadomością, zauważyliśmy, że od jakiegoś czasu droga strasznie pnie się w górę i staje się bardziej polno-górską a i coraz węższa. Usłyszeliśmy, że dojeżdżamy do ośrodka z drugiej strony boczna drogą. W miarę nowy, solidny samochód potrzebował co i rusz redukcji biegów, a i przód samochodu wyjątkowo wznosił się do góry. Bardzo dziwiła mnie ta wąska dróżka, na której nie mogłem dojrzeć „żywej duszy”. Kiedy w reflektorach pojawił się człowiek, otworzyłem drzwi żeby wysiąść i okazało się, że jesteśmy na skraju urwiska. Kiedy zbliżałem się do nieznajomego tubylca, zauważyłem niesamowity wyraz jego zdziwionej twarzy, coś co można nazwać „osłupieniem”. Kiedy ochłonął rzekł coś takiego: „ło Boże, jak żyje nie widziałem, żeby ktoś na Śnieżkę wjeżdżał samochodem po szlaku”.

Obeszliśmy z nieznajomym górę i z drugiej strony kilkaset metrów niżej pokazał mi okazały ośrodek, do którego prowadziła szeroka, okazała droga asfaltowa z Jeleniej Góry. Nie odważyłem się „po ciemku”, tyłem zjeżdżać obok urwiska. Poszliśmy tam pieszo.

J.H.Chrząstek

Droga do Leśniczówki Pranie

Kilka lat temu Wojciech Kass /kustosz, poeta i przesympatyczny człowiek/ słuchając naszej Saskii /do wiersza K.J.Gałczyńskiego/, postanowił nas zaprosić na koncert, do Leśniczówki Pranie w ramach jakiegoś jubileuszu.

Wyjechaliśmy – Zbyszek, Olek i ja – wczesnym popołudniem, żeby po drodze móc podziwiać uroki letnich Mazur. Dodam, że Olek bezwiednie zajął funkcje pilota po Jasiu. Jest zawsze bardzo dobrze przygotowany: ma mapy, jesli podróżujemy pociągiem – przeróżne rozkłady jazdy i ogólnie zna drogę. Droga była wyśmienita, pogoda też – lipiec – opowiadaliśmy zabawne historyjki i było bardzo przyjemnie. Umówiliśmy się z Wojtkiem, że wieczorem będziemy już w Leśniczówce. Jechaliśmy powoli racząc się pięknymi widokami i często stawaliśmy na odpoczynek.

Około godz.22 zobaczyliśmy drogowskaz : Leśniczówka Pranie – 5 km. Na widok tego drogowskazu ja ze Zbyszkiem odetchnęliśmy, tylko Olek zaprotestował. Otóż powiedział, że ta droga jest o wiele dłuższa , po drodze jest sklep z pamiątkami i napojami a ten drogowskaz postawiono tylko po to, żeby tam zajechać. Zaraz jest droga na skróty, którą nas poprowadzi. Cóż było robić, przejechaliśmy tory kolejowe, skrzyżowanie itp. Olek ciągle siedział nad mapą i mówił gdzie mam jechać, i że to już . Jechaliśmy i jechali, potem skręciliśmy, droga była polna robiła się coraz węższa i węższa. W końcu nie mogłem dalej jechać, bo z drogi zrobiła się dróżka węższa od naszego samochodu. W środku nocy cofałem po przecince leśnej – nie było jak zawrócić. Dobrnęliśmy do drogi asfaltowej, Olek nie tracił animuszu, mówił że to mała pomyłka i że za chwile dojedziemy do odpowiedniej drogi, bo ma ja na mapie.

Było już po 1-szej w nocy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po jakimś czasie ujrzeliśmy znajomą tabliczkę: Leśniczówka Pranie – 5 km. Większością głosów wybraliśmy tę właśnie dalszą drogę.

J.H.Chrząstek

Nie poznali?

Może nie jestem frontmanem, więc zdążyłem się przyzwyczaić, że w odróżnieniu od Jasia czy Zbyszka nie jestem rozpoznawalny.

Wiele lat temu zostaliśmy zaproszeni na festiwal Bazuna, który odbywał się w jakimś starym zamku na Kaszubach. Z jakichś powodów nie mogłem jechać razem z chłopakami i umówiliśmy się, że dojadę przed samym koncertem. Nie mogłem znaleźć tej miejscowości, potem tego zamku, zrobiło się późno i bałem się, że nie zdążę na własny koncert.

Dobiegłem zdyszany do wrót zamku, przepychając się przez garstkę czekających przed wejściem i mówię bramkarzowi, że mam na imię Horacy jestem flecistą z zespołu Bez Jacka i za chwilę będę grał koncert. Bramkarz tajemniczo popatrzył na mnie a potem powiedział: Bez Jacka właśnie gra z Horacym, a oprócz tego to mój kolega i bardzo dobrze go znam a Ty nawet nie jesteś podobny do niego – Spływaj mały. Nie dałem za wygraną, nalegałem żeby poprosili kogoś z zespołu Bez Jacka albo z organizatorów.

Po jakimś czasie przyszedł Jasiu. Popatrzył na mnie i powiedział: Ty jesteś Horacy? Albo dobra, wchodź!

J.H.Chrząstek

O Jacku

To było tak. Byliśmy w Trójmieście – w ramach wakacyjnej włóczęgi .To się działo w jakimś mieszkaniu dziewczyny Jasia. Jacek poszedł do toalety, z której po pewnym czasie rozległ się jego niemożebny krzyk. Okazało się, że Jacuś strzepnął żar z papierosa prosto na swoje klejnoty.

Maks Ziętek

O Horacym

Pradzieje – Pięknie wyglądaliśmy jadąc w świeżo co uszytych kamizelkach z Kielc na Festiwal do Torunia (1977 rok – przyp. tomch). Dwie osoby jednak nie miały kamizelek. Pani Asia Jung, nasza opiekunka i instruktor teatralny jednocześnie i Horacy małolat zwany również ” Uczniem”.

W pewnym momencie p. Asia zapytała „Ucznia”, a dokąd ty jedziesz dziecko drogie? Do Torunia – on jej odpowiedział. O nie nie, proszę wysiadać na następnej stacji kolejowej. „Uczeń” posłusznie tak uczynił.

Maks Ziętek

O Jasiu

W Bolmińskim kościółku u Wuja Księdza Stanisława Kudelskiego znany kielecki malarz tworzył sceny liturgiczne. Zbyś, Jaś i Jacek byli jego asystentami, ale i modelami jednocześnie,użyczając swoich twarzy dla aniołków.

Janek tak bardzo był tym zaaferowany, usiadł na świeczniku. Tak oto Jan jako pierwszy był na świeczniku, a i krwiodawcą nawet „dupnym” też został.

Maks Ziętek

Dziadek?

Wiele lat temu, na początku lat 80-tych w Gdańsku, wracaliśmy wszyscy wieczorem z koncertu w klubie kolejarza czy stoczniowca. W tramwaju było mało ludzi więc wszyscy siedzieliśmy. Jasiu miał długą rudawą brodę i wyglądał nad wyraz „dojrzale” jak na dwudziesto kilku latka. Na jakimś przystanku wsiadła starsza pani z laską. Ponieważ Jasiu siedział najbliżej, wstał i powiedział „proszę, niech Pani usiądzie”. Staruszka spojrzała na Niego i odpowiedziała: „siedź dziadku, siedź”. Wybuchnęliśmy śmiechem. Jasiu nie mógł tego zapomnieć przez wiele lat.

J.H.Chrząstek

Pacyfiści

W trakcie któregoś Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie, jechaliśmy całą grupą tramwajem z Rynku na Planty. Było wczesne popołudnie i w tramwaju było dużo ludzi. Wszyscy świetnie bawiliśmy się opowiadając na głos dowcipy i humorystyczne skecze. Właściwie bawił się „cały tramwaj” tylko jeden Pan Urzędnik z teczką był naszymi wygłupami poirytowany. W którymś momencie nie wytrzymał i powiedział: „Tacy młodzi, tylko śmieją się i bawią a wrzeszczą, że aż strach”. Na to Jasiu odpowiedział: „Niech się Pan nie boi, my jesteśmy pacyfistami”. Na przystanku, kiedy drzwi już się otworzyły a Pan Urzędnik był już w drzwiach, krzyknął: „Pacyfiści, pacyfiści to pacyfikujcie!”.

J.H.Chrząstek

 

3 comments on “Bez Jacka w anegdocieDodaj swój →

  1. Drodzy muzycy zespołu Bez Jacka!
    Jesteście dla mnie odkryciem. Wczoraj słyszałem was i widziałem po raz pierwszy w życiu w Łomnicy. I od razu stałem się Waszym gorącym fanem. Czapki z głów!
    A anegdoty super, uśmiałem się po pachy.
    Filip Żurakowski

  2. Panowie,

    to wspaniale że cały czas gracie, mam Waszą starą kasetę z lat 80-tych i mentalnie straciłem z Wami kontakt wiele lat temu, dziś „ot tak, a może jednak….” wstukałem Waszą nazwę w youtubie i…….. słucham od dwóch godzin leżąc w ekstazie w „Malinowym Chruśniaku” albo „tańcząc na polanie” – wspaniale, że nie zaginęliście w komercyjnym świecie ostatnich dekad.

  3. Witam, nie jestem aktywny na mediach społecznościowych i teraz trafiłem na tą stronę :) „Mały” ( Horacy) super, że to prowadzisz i dzięki wielkie. Jak sam wiesz byłem z Wami związany masę lat i są to najcudowniejsze lata mojego życia :) Znałem jeszcze Jacka i okres grupy „Bracia Stefańscy”. Znałem też ich najstarszego brata, jakże innego od Nich. Ale szybka anegdotka o Jasiu, a właściwie o Jego stypie, która (anegdota i stypa) pokazuje jakim Człowiekiem był Jasiu.
    Słynna już stypa po Jasiu odbyła się w Kielcach w Hotelu Centralnym. Było nas tam chyba ze 100 osób. Wyglądała tak jak Jasiu by chciał (wiele razy rozmawialiśmy o tym w czasie tzw. nocnych rozmów Polaków ): grało chyba z 3-5 gitar, flety chyba ze 2, bango, parę innych instrumentów i chóralne śpiewy. Impreza zamknięta i odizolowanej sali. Salę pilnował 2 portierów aby nikt niepożądany tam nie wszedł. W pewnym momencie jestem świadkiem takiej sceny. Do drzwi tej sali ( drzwi przeszkolone) i portierów podchodzi 2 gości hotelowych i słyszę taki dialog między nimi”
    goście do portierów
    – Panowie, chcielibyśmy wejść na to wesele
    portierzy
    – Panowie , to nie wesele
    goście
    – a co ?
    portierzy
    – stypa
    Jasiu może nie miał wesołego życia ale potrafił się śmiać i cieszyć ze wszystkiego.
    Myślę, że na tej swojej stypie śpiewał razem z nami :)
    Za spokój Jego snu
    Gała

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.