Jako małe dziecko urodzone w Chęcinach sadziłem że Chęciny to Polska a Kielce to była zagranica.
Kiedy miałem siedem lat słuchałem transmisji z pogrzebu JF Kennedy’ego, zaraz potem podano informacje, że w tym roku kolejne tysiące dzieci pójdą do pierwszej klasy szkoły podstawowej.
Wtedy rozpłakałem się uświadamiając sobie, że ja też tam pójdę.
Jakoś polubiłem chodzenie do szkoły, skończyłem podstawówe i dalej poszedłem do technikum.
Po wakacjach w 1972 niewinnie na korytarzu szkolnym zaczęła się znajomość najpierw z Zbyszkiem Maria Stefańskim potem z Jasiem, a następnie z Jackiem.
Stefańscy… co to było za zjawisko w Chęcinach, chłopcy światowi pięknie budujący zdania w mowie nienaganne maniery wszystkie bon tony itd. itp.
Czarujący, zawsze koło nich krążył wianuszek dziewcząt – ja też tak chciałem! W Gdańsku urodzeni, ojciec Dyrektor Kolei, mama intelektualistka, wujostwo księżostwo – szlachta.
Wśród trzech braci Stefańskich postać Jacka była szczególnie wyrazista. Ubrany w czarną mnisią pelerynę budził zrozumiałem emocje. Od zachwytu, zadumy po skrajnie przeciwne oceny. Jacek był bardzo silną osobowością i potrafił radzić sobie zarówno z nadmiarem słodkości jak i nadmiarem zniesmaczenia.
Oprócz przyjaźni zaczęła się nasza muzyczna przygoda.
Naturalnie najpierw snuliśmy opowieści jak to w Bieszczady by trzeba się udać, a tam role uprawiać i muzykować. Muzyczyć naturalnie bez BAB bez BAB.
Takie był plany dopóki nie poznaliśmy jaki to miód BABY.
Wtedy zaczęło się w Bolmińskiej salce katechetycznej muzyka Pigfliodów, Parpli Zeppelinów, Jetrotal och jaki to był klabing dziewczęta stawały się dostępniejsze.
Potem po każdych wakacjach mieliśmy nowe dziewczyny (zawsze było to tak, że one podobnie jak my były przyjaciółkami) i jeździliśmy do Lwówka Śląskiego, Nowej Huty, Warszawy, Radomia a potem z jeziora wyszła Nimfa wodna czyli Fimfa i usidliła Jacentego. Ja też spotkałem swoją oprawczynię, która jest teraz moim Ministrem Spraw Wewnętrznych i Wojny zarazem. A wcześniej na to stanowisko mianował Barbarę w Chęcinach sam Szymon Stefański syn Jacka, który fletem sopranowym jął zdzielił Basię w nos tak że ten niemożebnie on spuchł.
Mój 9 sierpnia 1983…
Mój 9 sierpnia 1983 roku był taki.
Miałem urlop i razem z żoną Basią i córeczką Babuliną (Agnisią miała wtedy 60 dni) byliśmy w mieszkaniu moich rodziców w Kielcach przy ul. Jarzębinowej. Przyszedł do mieszkania pan Jacek Jung i przekazał wiadomość i odejściu Pluta.
Pan Jung był jedyną ze znanych mi osób, która miała telefon stacjonarny. Na pogrzebie nie byłem, ponieważ być nie mogłem, pan Jung wiadomość przekazał po pogrzebie.
Trzy lata potem z trzyletnią Agnisią i Basią byliśmy w Gdańsku i wtedy mogłem po swojemu pożegnać się z Jackiem.
Jacku byłeś i jesteś dla mnie kimś wyjątkowym i piekielnie ważnym.
Przyjaciel MAX

Jacka znałam krotko , ale był to tak wspanialy czlowiek, że pamiętam do dziś. Swietny muzyk i przyjaciel. Poznałam go w parę dni przed śmiercią. I po wydzrzeniu 2/3 sierpnia w nocy Jacek pożegnał się na zawsze . Widział co oznaczał cios . Nie przyjęłam pozegnania – zyje w pamięci .