Pamięć o Nim nieść będę

jan18Jasiu był człowiekiem na widok którego ludzie na ulicy uśmiechali się. Był jedną z najciekawszych i najbarwniejszych postaci w środowisku i nie miał wrogów. Wieczny hipis, poeta i kloszard. Był urodzonym rozweselaczem, żywym chodzącym dowcipem. Żartował ze wszystkiego ale przede wszystkim z siebie – co jest najtrudniejsze – dlatego wszyscy Go lubili. Przerywał nasze melancholijne piosenki swoimi skeczami i dowcipami. I chociaż słuchaliśmy je na każdym koncercie, czekaliśmy na nie jak za pierwszym razem. Inteligentny i błyskotliwy, nigdy nie przygotowywał tego co powie, „reagował razem z publicznością”. Był ciepły i dobry. Miał wszędzie przyjaciół i znajomych. Był jak Święty Mikołaj – nawet trochę podobny – chodził i rozdawał dobro i radość. Ale życie jego to pasmo sprzeczności. Śmiał się i żartował – a w sercu smutek i melancholia. Wiecznie w towarzystwie ludzi – był samotny. Kochany przez wszystkich, nie miał szczęścia w miłości. Wiecznie w podróży. Jak sam mówił „moim domem jest plecak i gitara tam gdzie je położę tam jest mój dom”. Maniak telewizyjny, oglądał wszystko co popadnie: dzienniki, programy dla rolników, filmy wszystko. Kiedy pytałem Go „czemu oglądasz ten film przecież oglądałeś go rano” odpowiadał „to dla utrwalenia”. Lubił pociągi i jazdę samochodem na przednim siedzeniu, obok kierowcy. Kiedy jeździliśmy na koncerty nocą, prosiłem Go „Jasiu usiądź z tyłu bo jak śpisz koło mnie to i ja usnę” ale On zawsze chciał siedzieć z przodu i natychmiast zasypiał. Wydawało mu się że jest świetnym pilotem i zawsze błądziliśmy.

jan26Moje relacje z Jasiem trudno jednoznacznie określić. Jasiu traktował mnie jak przyjaciela, kolegę po fachu, najbliższą rodziną , pracodawcę (z przypadku zostałem menadżerem) a przede wszystkim jak ojca. Myślę, że brakowało mu tego w życiu. Czasem wkurzał mnie a czasem wzruszał, kiedy co kilka dni, nawet jak nie graliśmy, dzwonił do mnie z różnych najdalszych zakątków Polski, niezależnie od okoliczności i w różnym stanie i jak dziecko tłumaczył mi się i opowiadał co robi. Pytał mnie, radził się i czekał na reprymendę. Kiedyś nie wytrzymałem i powiedziałem „Jasiu jesteś dorosłym mężczyzną, starszym ode mnie, możesz robić co chcesz, nie musisz pytać mnie o zdanie i nie musisz mi się z niczego tłumaczyć”. On pomyślał, popatrzył na mnie i powiedział „bo ty jesteś jak ojciec i lubię jak mnie ganisz, bo wtedy wiem że ci na mnie zależy”.

jan25Nie był technicznie dobrym gitarzystą ale pięknie grał i to Jego – jak sam mówił pitu, pitu – miało jakiś sens i czar. Jego interpretacja „Ojca chrzestnego” była perełką. Tworzyliśmy wtedy w zespole jakąś niesamowitą więź a naszą „ozdobą” był Jasiu. Jego dowcipy, śmiech i autoironia nie tylko na scenie ale i w życiu, były obroną ale i ucieczką od smutnej rzeczywistości.

Przez jakiś czas grał z nami Marek Majewski (należy mu się osobnych kilka zdań-napiszę) – jeden z najlepszych w tym czasie gitarzystów w Polsce. Otóż Marek porzucił grę w najbardziej topowych zespołach i chciał z nami grać za darmo, za zwroty kosztów podróży. A kiedy pytaliśmy Go dlaczego – on powiedział „jest w was coś, że chcę z Wami być, a jak wracam z koncertów to jeszcze w domu boli mnie brzuch od śmiechu.”

Zbyszek mówi że „my po prostu z sobą byliśmy, a muzyka była przy okazji”. Tacy ludzie jak Jasiu zdarzają się rzadko, dlatego Ci których „dotknął”, pamięć o Nim nieść będą. Czuję Jego obecność, wiem że gra z nami na każdym koncercie…….

* * *

Była zima przełomu 1995/1996 roku. Dwa miesiące wcześniej Prezydent Miasta Gdańska wyrzucił mnie z pracy. Postanowiłem „odpocząć” i po raz kolejny żyć tylko z muzyki. Chcieliśmy grać. Podpisaliśmy umowę z dużą Agencją z Krakowa Kuby Florka. Zaczęliśmy przygotowywać nowy program, w drukarni były nowe plakaty. Styczeń odpoczynek. Luty to miesiąc prób. Marzec i kwiecień trasa koncertowa a potem płyta.

jan2Była piękna śnieżna i mroźna zima. Siedzieliśmy z Jasiem wieczorami, pili wódeczkę i snuliśmy plany. Był jednym z niewielu z którymi lubiłem pić wódkę i nie wstydzę się tego, bo to była wielka przyjemność. W styczniu pojechałem z moimi dziećmi: Szymonem i Martyną na zimowisko do mojej mamy w Góry Świętokrzyskie do uroczego miasteczka Chęciny. Fimfa – moja żona – była wtedy w szóstym miesiącu ciąży z Jędrkiem i została w domu. Jasiu nie chciał z nami jechać, mówił że „na zimowisku już był”.Ledwo zajechaliśmy samochodem obładowanym w sanki, narty i inne rzeczy do babci Marysi, najedliśmy się, wyspali (nie ma jak u mamy), a tu rano w drzwiach staje z plecakiem Jasiu i mówi „co będę sam siedział w Gdańsku, przyjechałem popilnować Was, żebyście sobie czegoś złego nie zrobili”.

To było piękny wyjazd: babcia Marysia gotowała a my codziennie po śniadaniu braliśmy sanki i szliśmy na górę Rzepkę po drodze wstępując do Restauracji „Pod Zamkiem” na grzane piwko dla dorosłych i czekoladę dla dzieci. Góry Świętokrzyskie są wspaniałe, (czuje się góralem świętokrzyskim) obchodziliśmy przez te dwa tygodnie wszystkie górki w okolicy. Potem wracaliśmy na obiad wstępując rytualnie na grzane piwko i czekoladę.

jan20Wieczorem graliśmy w karty i inne gry z moimi dziećmi, czasem jechaliśmy na wycieczkę po okolicy. To było dziwne bo Jasiu nie lubił dzieci, mówił że ”pogadać nie ma o czym a i wypić też nie”, a moje bardzo. Szymonem się bardzo opiekował a mała Martynka wyprawiała takie rzeczy z Jasiem że sam się dziwiłem np.: w Mostowie na corocznym obozie letnim, po całonocnej imprezie w której Jasiu uczestniczył, przychodziła bladym świtem do Jego namiotu i prosiła żeby poszedł z nią się umyć do jeziora. Jasiu nieprzytomny, brał mydło, szczoteczkę do zębów, ręcznik, szedł do zimnego jeziora i mył się cały, żeby dać dziecku przykład a na koniec wołała – wujku „zrób nura” i Jasiu skakał do tej zimnej wody na główkę. Uważam, że „ten numer” mogła robić tylko Martyna. Jasiu przyznawał mi się czasem, że lubi jak moje dzieci mówią do niego wujku – inne wołały po prostu Jasiu – bo czuje się taki potrzebny. Po dwóch tygodniach wróciliśmy do domu. Jasiu został u nas. Zajmowaliśmy się domem, dziećmi i ciężarną Fimfą, często gotował a najbardziej lubił „ruskie pierogi”, potrafił zrobić 200 – mieliśmy cały zamrażalnik- długo „potem” jedliśmy Jego pierogi – „trochę jak komunię”.

janostatnieWtedy właśnie wieczorami siadaliśmy wszyscy w kuchni, jedliśmy, pili i gadali. Ciągle przychodzili nasi znajomi – prowadziliśmy wtedy dom otwarty – codziennie była Teresa. Jasiu był duszą towarzystwa, opowiadał dowcipy i kawały – nawet te które wszyscy znali, opowiadał tak, że pękaliśmy ze śmiechu, gestykulował, robił miny – moje dzieci Go uwielbiały. Opowiadał, opowiadał, opowiadał o rodzicach, o rodzeństwie, o muzyce, swoim życiu, miłości i tęsknotach. Pisał i recytował wiersze. Graliśmy na gitarach – przez całe życie uczyłem Go grać na akordach – śpiewaliśmy piosenki. Żyliśmy trochę jak w komunie. Może było skromnie ale pięknie. Wieczorami wychodziliśmy z Jasiem na spacer do pobliskiego sklepu „po papierosy”. Czasem biegaliśmy, dziwiło mnie wtedy, że dostawał zadyszki. Mówił że po alkoholu czuje się lepiej i to była po części prawda (umarł na miażdżycę). Alkohol rozszerzał naczynia krwionośne, serce szybciej pompowało. Dni upływały radośnie i szybko. W styczniu zagraliśmy koncert (zarejestrowany na płycie „JASIU”), „na rozgrzewkę” w gdańskim „Żaku” jak się potem okazało ostatni. Był luty musieliśmy zacząć próby. Graliśmy wtedy we czwórkę: Jasiu, Zbyszek, Ja i Jacek Wolski (po śmierci Jasia wyjechał do USA). Jacek miał wtedy dom w górach, więc ustaliliśmy że na początku lutego przyjedziemy, „zamkniemy” się tam na kilka tygodni i poćwiczymy.

Ale w domu było tak dobrze, że nie chciałem wyjeżdżać, coś mi nie pozwalało. Dzwoniłem codziennie do Zbyszka i Jacka i przesuwałem przyjazd. Jasiu odwrotnie, codziennie chciał wyjeżdżać. Umówiliśmy się, że Jasiu pojedzie pierwszy a po tygodniu-dwóch ja ze Zbyszkiem. Ale tak nam było razem dobrze, że i tak „nie pozwalaliśmy Jasiowi wyjeżdżać”. Wymyślaliśmy różne rzeczy a to że się spóźnił na pociąg, a że mnie noga boli, a że „ktoś” ma dzisiaj wpaść. W końcu uparł się i koniec. Wstałem, ubraliśmy się – był straszny mróz – i odwiozłem Go na dworzec, na nocny pociąg do Krakowa. Tam rano czekał na Niego Jacek Wolski. Jeszcze na dworcu prosiłem, żeby został . Ucałowaliśmy się i wsiadł do pociągu. Powiedziałem „Jasiu zostań” a On „nie mogę tam na mnie czekają”. I te słowa brzmią mi w uszach do dziś. Może wiedział….

Nad ranem obudził mnie telefon: „Tu komisariat Policji Kolejowej w Radomiu, czy zna Pan Jana Stefańskiego………………………………..”.

jan15Do dziś nie wierzę. Ciągle mam nadzieje że wejdzie. Że powie słynne „żartowałem”. Że zadzwoni i się wytłumaczy.

Na koncertach często „puszczam Go na solówkę” albo patrzę na puste miejsce miedzy mną a Zbyszkiem ale Jego nie ma. Tak bardzo chciał być kochanym, że odszedł w Walentynki – to chyba ostatni dowcip jaki nam zrobił. I tak sobie pomyślałem, że może te dwa miesiące dostaliśmy od Jasia, żebyśmy wiedzieli jak może być pięknie. W nocy kiedy nikogo nie ma, wyjmuje Jego zeszyt z Jego wierszami i puszczam sobie płytę z Jego „plumkaniem”. Wstydzę się przyznawać że płaczę.

Jasiu my wszyscy bardzo tęsknimy.

Gdańsk 03.02.2005r
Jarosław Horacy Chrząstek

0 comments on “Pamięć o Nim nieść będęDodaj swój →

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.